Artykuł o minimalistach odbił się echem na kilku blogach i dał mi do myślenia. Nie, mi samej daleko do bycia minimalistką, dzielą mnie od tego regały książek, kilka figurek aniołów, ramki do zdjęć i wiklinowy kosz. Mimo to staram się nie obrastać rzeczami. Regularnie przeglądam zasoby szaf, by wydobyć z nich znoszone spodnie, zapomniane buty, zabawki, które zawieruszyły się nie wiadomo kiedy a za którymi nikt nie tęsknił. Ze sprzętów kuchennych mam tylko te, z których korzystam (chociaż... pomyślałam sobie właśnie, że zupełnie zapomniałam o gofrownicy... może dam jej drugą szansę? a może nie...), częstotliwość zakupu ubrań maleje i jest coraz bardziej przemyślana (ubrania pasują do siebie i nigdy nie przekraczają bezpiecznego poziomu ilości), namiętność do kupowania książek musi być poskromiona przez prosty fakt, że nie nadążam z ich czytaniem. Kosmetyki, które jeszcze do niedawna zdarzały się zalegać na półkach kurczą się, nowe przychodzą wtedy, gdy są naprawdę potrzebne. Coraz rzadziej zapominam też o kupionej brukselce, co wychodzi nam (jej i mi) na dobre. Jestem więc gdzieś między postawą zbieracza a minimalisty, i to jest mój złoty środek. Prawdziwym wyzwaniem będzie groteskowo już brzmiąca nasza wyprowadzka za ocean, sama jestem ciekawa, jaki dobytek zostawimy za sobą i czy w ogóle będziemy pamiętać, co zostaje za nami (Podczas przenosin do obecnego mieszkania przez pomyłkę ktoś wyrzucił cały wór do śmieci różnych przedmiotów. Po mniej więcej dwóch miesiącach przypomniałam sobie, że miałam kiedyś zamszowe kozaki, które ubrałam może dwa razy. Reszty przedmiotów nawet nie pamiętam).
Dom tymczasem pachnie świeżością a Marai zaprasza do lektury... A w chwili wolnego czasu przyjdzie mi chyba przyjrzeć się dokładnie zawartości szaf. Dobrze, że mamy małe mieszkanie!