środa, 5 czerwca 2013

52 weekendy z moimi dziećmi

tydzień 7.


tydzień 8.

tydzień 9.

 
tydzień 10.
 

 
tydzień 11.
 
 
tydzień 12.
 
 
tydzień 13.

 
tydzień 14.
 
 
 





 
Powoli wracamy do normy. W domu roznosi się zapach ciasta ze śliwkami, lodówka wypełniona jest po brzegi świeżymi warzywami i owocami, walizki, utknięte w schowku na balkonie, czekają na kolejną wyprawę. Chłopiec chętnie wrócił do przedszkola a dziewczynka znowu chętnie ucina sobie popołudniową drzemkę. I tylko w mojej głowie jeszcze nie wszystko wróciło na własne miejsce. To wracanie do rzeczywistości, która lada chwila zmieni się znowu, przychodzi mi z wielkim trudem. Poczytuję Zasto volim Kanadu - zbiór esejów emigracyjnych o ironiczno - zabawnym tonie i myślę o wrześniu, nowym przedszkolaku i o tym, co to dla mnie oznacza. I o Sopocie. A także o tym, że potrzeba mi w tej chwili zapachu morza. Mam nadzieję, że w ten weekend uda mi się wcisnąć w plany spacer po plaży.

niedziela, 2 czerwca 2013

Powroty.






 
Blog pokrył już kurz, nie z braku wydarzeń, a z ich nadmiaru. Kolejna wielka europejska podróż za nami. Przywieźliśmy z niej naręcze książek, sporo zdjęć, kilka drobiazgów, bursztyn i poczucie, że to, co ważne, czyli relacje z ludźmi, pozostaje niezmienne. Wyjazd pełen pozytywnej energii i dobrych spotkań. Oczyszczający i przypominający nam, dlaczego choc tu nie jest źle, nasz dom leży daleko.
 
Tymczasem powoli wracamy do rzeczywistości, choc nadal budzimy się skoro świt. A świt jest cudny, pachnący, zachęcający do tego, by wstać.
 


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Szeptem...



 
tydzień 6.
 
Poranki pojawiają się nagle, rześkie i pełne dziecięcego szczebiotu. Otwieram to jedno, to drugie oko. A potem wszystko toczy się znanym rytmem. Kawa bulgocze na kuchence, słychać dźwięk otwieranej lodówki i dzieci rozprawiające o tym, kto dziś będzie piratem (bo Dziewczynka też lubi "chłopcowe" zabawki i gotowa zamienic Alicję na lupę). Palce męża stukają miarowo po klawiaturze. Grant, publikacja, mail. Wiadomości. A za chwilę buziak przed wyjściem, plecak w rekiny i ulubiona czerwona butelka i... zostajemy same. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, bo zanim się nie obejrzymy do niebieskiego plecaka dołączy inny, zapewne różowy. Cieszy mnie to i smuci jednocześnie.
 
Lubię ten rytm, podobnie jak przedpołudnia z farbkami na palcach i popołudnia z szumem pralki i ciepłym oddechem śpiącej Dziewczynki. Podobnie jak moment, kiedy Chłopiec wraca z przedszkola i pochłania stos naleśników, a także nasz codzienny wieczorny rytuał, kiedy to czytamy kolejne książki. Bo czytać Chłopcu mogę tylko ja. Ot tak.
 
I tylko czasem...
 
Czasem dopada mnie melancholia i zadaję sobie szeptem pytanie o sens tego wszystkiego. I zerkam na innych. To ten moment, kiedy mało robi się radości a dużo niejasnego smutku. A potem znów wracam do tego, co jest jedyne i niepowtarzalne - do własnego życia.
 
...
 
Coraz częściej łapię się na myśli, że będzie mi brakowało drobiazgów, które są częścią naszej codzienności w miejscu, w którym jesteśmy. I coraz częściej gotowa jestem za tym tęsknić, w zamian za zmianę, która przecież powinna nadciągnąć. Oby...

wtorek, 2 kwietnia 2013

A skoro to już kwiecień... (w marcu lubię)


tydzień 5.
 
To był bardzo ważny miesiąc. Ważny wewnętrznie, za zewnątrz przemilczany. A teraz patrzę z radością na nadchodzący czas wyjazdu. Przedtem jednak...
 
 
W marcu lubię:
 
- poczucie ulgi. Rezygnowanie z projektów, czynności, zobowiązań przychodzi mi niezwykle trudno. W marcu nauczyłam się jednak zostawiać rzeczy błahe na rzecz istotnych, koncentrować się na celach. Niełatwa, ale niezmiernie ważna lekcja.
 
- żonkile I tulipany. Kwintesencję wiosny.
 
- piernik. Tak, bardziej nawet niż w grudniu. Upieczony spontanicznie, przy okazji, ucieszył mnie niezmiernie.
 
- postęp. Czuję, że zrobiłam ogromny fotograficzny skok, że panuję nad aparatem I że robi on to, czego ja chcę.
 
- Torańską. Jej wywiady z Onymi. Przerażająca, ale cenna lektura. Podobnie jak Czarny czwartek, który stał się ważnym dla mnie filmem.
 
- Wielkanoc, piknik z dziećmi, czas dla nas, a co za tym idzie...
 
- rozmowy. Ważne, często trudne, niezbędne.
 
- oczekiwanie na to, co niebawem nastąpi.
 
- poczucie zmiany, która do nas nadciąga, raczej intuicyjne niż realne. Ale kto wie...?
 
- stary aparat z wczesnych 50., kupiony za bezcen na ebay'u. Nie wiem, czy działa, ale na pewno będzie doskonałym uzupełnieniem sesji dziecięcych.
 
- wiosnę. Ot tak.

środa, 27 marca 2013

Marzec. Wiosna.

tydzień 2.

tydzień 3.

tydzień 4.
 
Marzec gna przed siebie, a ja coraz bardziej zagłębiam się w fotografię. Czytam, myślę, chłonę. Uczę się czegoś nowego każdego dnia. I przyswajam, trawię to, czego się dowiedziałam. A nawet śnię... I czuję, że wsiąkam w to coraz bardziej.
 
Tymczasem od wyjazdu do Europy dzielą nas trzy tygodnie. Przedtem jednak czeka nas Wielkanoc, zielony kosz piknikowy, świeży chleb i kolorowe jajka. Tak właśnie mamy zamiar spędzić ten czas, wśród baniek mydlanych, z marcepanowymi ciastkami, wycinanymi przez dzieci, ze sobą. Takie minimalne święta wydają mi się być w tym roku idealnym rozwiązaniem.
 
 


niedziela, 3 marca 2013

Nowy miesiąc, nowa energia, nowe plany...



 
 
 
Po kryzysie lutego, który skończył się kupieniem softboxa i wzięciem się do pracy, marzec okazał się dużo lepszy, myśli jasne, oko lepsze a wyobraźnia znowu podsuwa mi pomysły na sesje. Niniejszym otwieram nowy cykl: 52 weekendy z moimi dziećmi. Mam nadzieję, że wytrwam.