środa, 12 czerwca 2013

w czerwcu zawsze tęsknię za grudniem

 
 
Czerwcowe noce zaskakująco chłodne.
Zaglądam na ebay, rozważam kupienie polaroida. Odstaszają mnie ceny filmów. Do zastanowienia. W szufladzie komody mojej mamy czeka na mnie Zenit.
Rozważania. Tyle do przemyślenia. Myśli pełne wizytówek i pomysłów na stronę internetową. Pytań więcej niż odpowiedzi.
Zdjęcia monochromatyczne. Kolory przypadkowe, po kolei. Ciekawy pomysł, do zrealizowania.
Maliny słodkie, czereśnie wciąż za drogie.
Waga spada, optymizm rośnie.
Zatęskniłam za grudniem.


wtorek, 11 czerwca 2013

Daleko do piątku...


 
tydzień 15.
 
 
Chłopiec pokasłuje i leży na kanapie, oglądając kreskówkę. Dziewczynka, wiadomo, zawsze tam gdzie brat. Ranek wstał upalny, letni, po to tylko, by jeszcze przedpołudniem zamienić się w chłodny, zasnuty chmurami dzień i wygonić nas z placu zabaw do domu. Klasyczny czerwiec w Kaliforni.
Podjadam melona, poczytuję Zasto volim Kanadu i rozmyślam. O tym, co będzie we wrześniu. O tym, czego chcę. O tym, co powinniśmy zrobić. I nie nastraja mnie to optymistycznie. Ja chyba nie lubię zmian. Do tego narasta we mnie potrzeba oczyszczenia, wewnętrznego i zewnętrznego. Zacząć powinnam od zrzucenia kilku kilogramów i uporządkowania zdjęć. A także od przeinstalowania system w komputerze, który ledwie sobie radzi. Najbardziej jednak chce mi się po prostu spać.

środa, 5 czerwca 2013

52 weekendy z moimi dziećmi

tydzień 7.


tydzień 8.

tydzień 9.

 
tydzień 10.
 

 
tydzień 11.
 
 
tydzień 12.
 
 
tydzień 13.

 
tydzień 14.
 
 
 





 
Powoli wracamy do normy. W domu roznosi się zapach ciasta ze śliwkami, lodówka wypełniona jest po brzegi świeżymi warzywami i owocami, walizki, utknięte w schowku na balkonie, czekają na kolejną wyprawę. Chłopiec chętnie wrócił do przedszkola a dziewczynka znowu chętnie ucina sobie popołudniową drzemkę. I tylko w mojej głowie jeszcze nie wszystko wróciło na własne miejsce. To wracanie do rzeczywistości, która lada chwila zmieni się znowu, przychodzi mi z wielkim trudem. Poczytuję Zasto volim Kanadu - zbiór esejów emigracyjnych o ironiczno - zabawnym tonie i myślę o wrześniu, nowym przedszkolaku i o tym, co to dla mnie oznacza. I o Sopocie. A także o tym, że potrzeba mi w tej chwili zapachu morza. Mam nadzieję, że w ten weekend uda mi się wcisnąć w plany spacer po plaży.

niedziela, 2 czerwca 2013

Powroty.






 
Blog pokrył już kurz, nie z braku wydarzeń, a z ich nadmiaru. Kolejna wielka europejska podróż za nami. Przywieźliśmy z niej naręcze książek, sporo zdjęć, kilka drobiazgów, bursztyn i poczucie, że to, co ważne, czyli relacje z ludźmi, pozostaje niezmienne. Wyjazd pełen pozytywnej energii i dobrych spotkań. Oczyszczający i przypominający nam, dlaczego choc tu nie jest źle, nasz dom leży daleko.
 
Tymczasem powoli wracamy do rzeczywistości, choc nadal budzimy się skoro świt. A świt jest cudny, pachnący, zachęcający do tego, by wstać.
 


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Szeptem...



 
tydzień 6.
 
Poranki pojawiają się nagle, rześkie i pełne dziecięcego szczebiotu. Otwieram to jedno, to drugie oko. A potem wszystko toczy się znanym rytmem. Kawa bulgocze na kuchence, słychać dźwięk otwieranej lodówki i dzieci rozprawiające o tym, kto dziś będzie piratem (bo Dziewczynka też lubi "chłopcowe" zabawki i gotowa zamienic Alicję na lupę). Palce męża stukają miarowo po klawiaturze. Grant, publikacja, mail. Wiadomości. A za chwilę buziak przed wyjściem, plecak w rekiny i ulubiona czerwona butelka i... zostajemy same. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, bo zanim się nie obejrzymy do niebieskiego plecaka dołączy inny, zapewne różowy. Cieszy mnie to i smuci jednocześnie.
 
Lubię ten rytm, podobnie jak przedpołudnia z farbkami na palcach i popołudnia z szumem pralki i ciepłym oddechem śpiącej Dziewczynki. Podobnie jak moment, kiedy Chłopiec wraca z przedszkola i pochłania stos naleśników, a także nasz codzienny wieczorny rytuał, kiedy to czytamy kolejne książki. Bo czytać Chłopcu mogę tylko ja. Ot tak.
 
I tylko czasem...
 
Czasem dopada mnie melancholia i zadaję sobie szeptem pytanie o sens tego wszystkiego. I zerkam na innych. To ten moment, kiedy mało robi się radości a dużo niejasnego smutku. A potem znów wracam do tego, co jest jedyne i niepowtarzalne - do własnego życia.
 
...
 
Coraz częściej łapię się na myśli, że będzie mi brakowało drobiazgów, które są częścią naszej codzienności w miejscu, w którym jesteśmy. I coraz częściej gotowa jestem za tym tęsknić, w zamian za zmianę, która przecież powinna nadciągnąć. Oby...

wtorek, 2 kwietnia 2013

A skoro to już kwiecień... (w marcu lubię)


tydzień 5.
 
To był bardzo ważny miesiąc. Ważny wewnętrznie, za zewnątrz przemilczany. A teraz patrzę z radością na nadchodzący czas wyjazdu. Przedtem jednak...
 
 
W marcu lubię:
 
- poczucie ulgi. Rezygnowanie z projektów, czynności, zobowiązań przychodzi mi niezwykle trudno. W marcu nauczyłam się jednak zostawiać rzeczy błahe na rzecz istotnych, koncentrować się na celach. Niełatwa, ale niezmiernie ważna lekcja.
 
- żonkile I tulipany. Kwintesencję wiosny.
 
- piernik. Tak, bardziej nawet niż w grudniu. Upieczony spontanicznie, przy okazji, ucieszył mnie niezmiernie.
 
- postęp. Czuję, że zrobiłam ogromny fotograficzny skok, że panuję nad aparatem I że robi on to, czego ja chcę.
 
- Torańską. Jej wywiady z Onymi. Przerażająca, ale cenna lektura. Podobnie jak Czarny czwartek, który stał się ważnym dla mnie filmem.
 
- Wielkanoc, piknik z dziećmi, czas dla nas, a co za tym idzie...
 
- rozmowy. Ważne, często trudne, niezbędne.
 
- oczekiwanie na to, co niebawem nastąpi.
 
- poczucie zmiany, która do nas nadciąga, raczej intuicyjne niż realne. Ale kto wie...?
 
- stary aparat z wczesnych 50., kupiony za bezcen na ebay'u. Nie wiem, czy działa, ale na pewno będzie doskonałym uzupełnieniem sesji dziecięcych.
 
- wiosnę. Ot tak.