wtorek, 20 maja 2014

San Francisko. Urywki.

Chinatown w San Francisko jest niesamowite, jakby zawieszone w czasie. Enklawa w samym srodku miasta, umiejscowiona miedzy dzielnica finansowa a wloska. Wszystko tam zwalnia i czlowiek ma poczucie, ze znalazl sie poza czasem i poza Stanami. Najwieksze skupisko Chinczykow w USA, dzielnica wypelniona malymi uliczkami, straganami, na ktorych mozna kupic wszystko, zapachem orientalnego jedzenia i napisami w jezyku chinskim. Wyjatkowym miejscem na naszej drodze byla wytwornia ciasteczek chinskich, tych z przepowiednia w srodku. Male pomieszczenie z maszyna, ktora wypieka te ciastka od dwoch wiekow i z pania, ktora nadaje im ksztalt, szybko i sprawnie, bo inaczej zostaja z nich tylko slodkie krazki. A tuz obok sklep z pieknymi dzielami sztuki, w ktorym kupic mozna m.in. czterocentymetrowe figurki z kosci mamuta, sprowadzanej z Syberii. Cena - $2,500. I muzeum poswiecone chinskim emigrantom, z oryginalnymi rzeczami, ktore ze soba przywiezli. Calosc robi niesamowite wrazenie i wymaga czasu, by wchlonac nowe doswiadczenia. Najlepiej przy kawie w sasiedniej dzielnicy.






czwartek, 17 kwietnia 2014


Piekna wiosna, z zaskakujaca chlodna nutka w powietrzu, oczekiwaniem na zmartwychwstanie, rowniez to osobiste, z Bachem i mazurkiem. Napotkany zupelnie przypadkowo na polce sklepowej sloik z chrzanem przenosi mnie w myslach do domu rodzinnego sprzed lat, z tata scierajacym chrzan, z zapachem bialej kielbasy i z baziami, ktore dzis zastapic musza lilie. Wielkanoc jest dla mnie wyjatkowa. Siedem lat temu w Wielki Piatek zareczylam sie z moim mezem, a jutro, tez w Wielki Piatek, pojde do szkoly, zeby zapisac naszego syna do zerowki. 

Tymczasem rozmawiamy o Ukrainie. Kazde z nas z innego punktu, z innymi doswiadczeniami. Slucham raczej niz mowie, bo paralela do sytuacji w bylej Jugoslawii jest przerazliwie widoczna. Rozmawiamy tez o kondycji Europy, o tym, ze przez tyle lat nie zmienilo sie nic. I malo to optymistyczne w kwestii powrotu, ktory powraca do nas jako temat kolejny juz rok. A za chwile przyjmiemy obywatelstwo kraju, z ktorym niewiele nas laczy. I musze wyznac, ze choc spakowalabym walizki juz dzis, zycie tu zmienilo moj obraz swiata.

A w niedzielny poranek podzielimy sie jajkiem, zajrzymy do cerkwi, zadzwonimy do najblizszych. I bedziemy sie cieszyc nowa nadzieja. Bo przeciez o to chodzi, o nieustanne zmartwychwstawanie. 

piątek, 4 kwietnia 2014

Byl kiedys taki pan... Migawki z Sopotu.


Nie pamietam, jak ze wspomnien o kaszubkiej wsi lat '60 przeszlysmy do rozmowy o nim. Tamtego styczniowego wieczoru nasze mieszkanie wypelnilo sie wspomnieniami mojej Mamy, a ja sluchalam z ciekawoscia. I pewnie wplotl sie po prostu w jej opowiesc o pracy w domu dziecka na ulicy Emilii Plater. Parasolnik. A wlasciwie Czeslaw Bulczynski, choc niewielu go pod tym imieniem znalo. Barwna postac, obwieszona parasolami, ktora wryla sie w obraz miasta i zapadla w pamiec jego mieszkancow. Ja sama nigdy go nie widzialam, zreszta w latach osiemdziesiatych nie krazyl juz po Monciaku tak czesto. Odszedl, gdy mialam dziesiec lat. I przyznam, ze czuje niesamowity niedosyt, zal, ze nie udalo mi sie go spotkac. Kiedy nastepnym razem odwiedze Sopot, przystane przed jego skromnym pomnikiem i opowiem dzieciom, kim byl ten magiczny pan. Wiecej o nim znajdziecie tu.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Jedna czwarta.



Nie moge uwierzyc, ze jest juz kwiecien. A przeciez rok dopiero sie zaczal. Rok zmian. Niewielkich, ale waznych. Dobrych i trudnych. Dla mnie zaczal sie z opoznieniem, samolot odlatujacy w kierunku Polski z portu lotniczego Los Angeles, w oparach mgly zabral moja mame pod koniec stycznia i to mniej wiecej wtedy poczulam, ze przeciez to nowy rok.

A kiedy sie juz zaczal, to pedzi. Wykreslam z kalendarza kolejne zamkniete sprawy. Na polce lezy album 52 tygodnie z moimi dziecmi. Testy ze szkoly fotografii pozdawane, od ukonczenia szkoly dzieli mnie kilka fotograficznych projektow.  CV napisane, wyslane, choc odpowiedzi nie ma. Zaliczona dluga trasa na pustynie, kemping. Odkrywanie jogi, troche Osieckiej. I balansowanie miedzy strachem a uporem. Przebijanie sie na rynku fotograficznym, powoli, bardzo powoli. I poki co malo skutecznie. I rysujaca sie wizja powrotu do Europy. O ile sie uda. I pytanie, czy warto po takim czasie? Zmeczenie i zadowolenie. 

Zima tymczasem minela lagodna, ciepla, bez deszczu. Tym bardziej witam wiosenny deszcz z radoscia. I marze o lesie. Poki co czekam na wyjazd na polnoc, spedzenie kilku dni poza domem, moze czas dla nas. Mam nadzieje, ze ten kilkudniowy wypad naladuje nam akumulatory i bedzie fotograficzna przygoda. Potrzebuje tego jak malo co.

Mam nadzieje bywac tu czesciej, juz nie milczec. Choc czasem pytam sie, czy warto...

środa, 20 listopada 2013

dziesiec dni listopada


Nowo kupione bombki czekaja na zblizajacy sie miesiac. Dziadki do orzechow wyrastaja jak grzyby po deszczu, ku uciesze Chlopca, ktory tylko czeka, az nadejdzie czas, w ktorym wygrzebie z czelusci szafy zestaw malych dziadkow i dam mu jednego do zabawy. Przeciez obiecalam, a obietnic nie wolno lamac i on o tym wie. 

Nie wiem, kiedy minal ten czas. Ledwie zaczerwienione liscie leza teraz na chodniku i przyjemnie szeleszcza pod nogami. Wygrzebalam z szafy kolorowy szal, w centrach handlowych roznosi sie zapach piernikowej latte w czerwonych jak co roku kubkach, a w Balboa Park instaluja sanie Swietego Mikolaja. Juz czas myslec o prezentach, kupnie miodu na pierniki i zamowieniu prezentow. A tak naprawde chcialabym jeszcze poczekac, spedzic te ostatnie dziesiec dni listopada z dala od koled i swiatecznych girland. Choc w tym roku to przedwczesne szalenstwo przeszkadza mi jakby mniej...

wtorek, 22 października 2013

Co ważne?



 
 
Mało mnie tu ostatnio. Dużo więcej mnie przed ekranem komputera, kiedy próbuję zrozumieć maskowanie i system warstw PS. I na macie, w sportowych butach. I chociaż mam w końcu czas dla siebie, nie nadążam z odpoczynkiem, ciągle gdzieś gnam.
 
Za nami sporo rozmów. Ważnych. O nas, o tym, gdzie jesteśmy jako para i gdzie jest teraz każde z nas. O marzeniach. I planach. Szukanie wspólnej platformy, na której mieszczą się te wszystkie najważniejsze rzeczy nie jest proste. Czasem bywa niezmiernie trudne. Powiedzieć pewne rzeczy na głos, samemu sobie, wymaga sporej odwagi. Takie rozmowy, choc emocjonalnie trudne, są bardzo oczyszczające. Wprowadzają balans, pomagają wyeliminować rzeczy, które przeszkadzają, zrozumieć. I choć to przecież stały proces, dobrze jest osiągnąć chwilowe porozumienie.
 
W piątek minęło sześć lat, odkąd tu jestem. Ile jeszcze minie, nie wiem. To jedno z tych pytań, na które tak trudno znaleźć odpowiedź. Może dlatego, że my się zmieniamy i nasze cele i wyobrażenia też. W końcu jednak mamy jasność tego, czego nie chcemy. I myślę, że to dobrze, że niektóre sprawy wymagają więcej czasu, niż się nam wydaje.
 
W piątek wsiadłam też po raz pierwszy od pięciu lat za kierownicę. I poczułam wolność. I że wiele spraw zaczyna się porządkować. Wydaje się, że czas działa na moją korzyść.
 
...
 
Oswoiłam już wiele rzeczy, które były dla mnie trudne. Jednego jednak oswoić nie mogę. Militaryzmu tego społeczeństwa.