piątek, 28 września 2012


Męczący tydzień, pełen napięć, terminów, nadgodzin i narastającego poczucia bezsensu działań. Zupełnie jakby kierat, który do tej pory pchaliśmy w wybranym przez siebie kierunku zamienił się w karuzelę, nad którą nie panujemy. Wczorajszy wieczór w bezpiecznej przestrzeni między ramionami męża i dobra rozmowa sprawiły, że odzyskałam równowagę.
 
Dziś dom pachnie świeżością, wyjętym przed chwilą z pieca chlebem i praniem. Szum pralki i widok wyschniętych liści za oknem, a także falbaniastej spódnicy córki wyznaczają granice mojego świata.
 
...
 
"Janos wyznaje, że od kilku dni nie chodzi do szkolnej stołówki, (...) bo wstydzi się swojego ubóstwa językowego wśród (...) włoskich dzieci. Ale ta smutna samotność już do końca życia pozostanie losem nas wszystkich, którzy opuściliśmy ojczyznę. Możemy się najwyżej nauczyć konwersować - ale rozmawiać już nigdy". [Sandor Marai, Dziennik]
 
 

poniedziałek, 24 września 2012

pierwszy jesienny weekend...

 
 
 
 
 
Jesień przywitałam bawarską zupą dyniową o intensywnym, z lekka ostrym smaku, w której zakochaliśmy się z mężem od pierwszej łyżki (Dzieci nie zakochały się za to zupełnie, co więcej, nie dały zupie szansy na zaistnienie. Ciekawa jestem, kiedy nadejdzie dzień, gdy dania obiadowe wyjdą poza kanony składające się z rosołu, piersi z kurczaka i naleśników...). Myślę, że tej jesieni będzie u nas częstym gościem.
 
 
Poza porywami kulinarnymi spędziłam ten weekend z aparatem w ręku, chwytając ulotne chwile. Zatrzymałam w biegu rosnące jak na drożdżach dzieci mojej koleżanki i otoczony miłością brzuch, z któego za sześć tygodni wydostanie się na świat dziewczynka o ciemnej skórze i żydowskim imieniu. Moje dzieci biegały tymczasem beztrosko po plaży, dawały się przewracać falom i przyniosły do domu, oprócz uśmiechniętych buź, tonę piasku, który sprzątałam dziś od samego rana. A dziś dzień przywitał nas mgłą i wilgotnym zapachem powietrza. Zaczynamy kolejny tydzień, trochę niedospani, nieco zabiegani, ale i naładowani pozytywną energią pierwszych dni jesieni.
 
 


piątek, 21 września 2012

Minimalista czyli kto?

Artykuł o minimalistach odbił się echem na kilku blogach i dał mi do myślenia. Nie, mi samej daleko do bycia minimalistką, dzielą mnie od tego regały książek, kilka figurek aniołów, ramki do zdjęć i wiklinowy kosz. Mimo to staram się nie obrastać rzeczami. Regularnie przeglądam zasoby szaf, by wydobyć z nich znoszone spodnie, zapomniane buty, zabawki, które zawieruszyły się nie wiadomo kiedy a za którymi nikt nie tęsknił. Ze sprzętów kuchennych mam tylko te, z których korzystam (chociaż... pomyślałam sobie właśnie, że zupełnie zapomniałam o gofrownicy... może dam jej drugą szansę? a może nie...), częstotliwość zakupu ubrań maleje i jest coraz bardziej przemyślana (ubrania pasują do siebie i nigdy nie przekraczają bezpiecznego poziomu ilości), namiętność do kupowania książek musi być poskromiona przez prosty fakt, że nie nadążam z ich czytaniem. Kosmetyki, które jeszcze do niedawna zdarzały się zalegać na półkach kurczą się, nowe przychodzą wtedy, gdy są naprawdę potrzebne. Coraz rzadziej zapominam też o kupionej brukselce, co wychodzi nam (jej i mi) na dobre. Jestem więc gdzieś między postawą zbieracza a minimalisty, i to jest mój złoty środek. Prawdziwym wyzwaniem będzie groteskowo już brzmiąca nasza wyprowadzka za ocean, sama jestem ciekawa, jaki dobytek zostawimy za sobą i czy w ogóle będziemy pamiętać, co zostaje za nami (Podczas przenosin do obecnego mieszkania przez pomyłkę ktoś wyrzucił cały wór do śmieci różnych przedmiotów. Po mniej więcej dwóch miesiącach przypomniałam sobie, że miałam kiedyś zamszowe kozaki, które ubrałam może dwa razy. Reszty przedmiotów nawet nie pamiętam).
 
Dom tymczasem pachnie świeżością a Marai zaprasza do lektury... A w chwili wolnego czasu przyjdzie mi chyba przyjrzeć się dokładnie zawartości szaf. Dobrze, że mamy małe mieszkanie!

ostatni dzień lata


Jesień idzie. Poranki nadchodzą wolniej, chłodniejsze, mgliste. Dźwięk gotującej się kawy staje się przez to przyjemniejszy, kostki lodu leżą zapomniane w czeluściach zamrażalnika. Stukanie układanych naczyń, zapach kawy i masła orzechowego wyznaczają rytm początku dnia.
 
Mam w sobie potrzebę oczyszczenia, chwilowego przejścia na dietę bezmięsną, uważnego jedzenia. Czuję się tak, jakby mój organizm zaśmiecił się i potrzebował odnowy. Staram się słuchać jego głosu.
 
Dziennik Maraia wciągnął mnie niesamowicie. Ten język, przemyślenia, wiele z nich aktualnych. Nie mogę się oderwać, kosztem kursu fotografii. Dawno żadna książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia.
 
Przedwczoraj po raz pierwszy od tygodni udało mi się wyspać. W związku z tym wczoraj spektakularnie zarwałam noc czytając Wysokie Obcasy Ekstra. Dobrze, że dziś piątek.
 
Z planów na jesień jest nauka gry na pianinie. Nie moja, ja swoją zarzuciłam, zanim w ogóle zaczęłam. Tym razem uczyć się będzie syn, pod czujnym okiem czułego ojca. Lubię obserwować ich, gdy spędzają wspólnie czas. Jest między nimi jakaś szczególna więź, nić porozumienia. To świat, do którego nie mam wstępu i do którego nie wpycham się na siłę. Bo i po co, lepiej cicho przysiąść i popatrzeć, nacieszyć się.

...

Komputer spektakularnie zawiesza się na każdym kroku i spowalnia niczym zziajany staruszek. Tknięta zmysłem praktycznym spędziłam wczorajsze popołudnie archiwizując zdjęcia, jeszcze tylko zamówię garść odbitek i można będzie zrobić miejsce na dysku.

 
 
 

wtorek, 18 września 2012

...

 
 
Wtorek. Sięgam po Dziennik Sandora Maraia. Zakładką na ostatniej przeczytanej stronie jest garść przepisów świątecznych wyciętych z polskiej gazety. Naprawdę tyle czasu minęło? Czytam zbyt mało, zbyt chaotycznie. Staram się skupić na tekstach z kursu, gazety mnie nużą, a książki stają się niewygodne, żadna obwoluta nie przyciąga. Tęskno mi do samej idei czytania, tych chwil, kiedy przenoszę się w zupełnie inny świat. Może Marai otworzy mi bramy do zaginionego królestwa. Przynajmniej jest po polsku, język odgrywa tu znaczącą rolę, to moje wygodne, bezpieczne miejsce. Ciekawe, jaki język będzie bezpieczną wyspą moich dzieci.
 
Uczuciem, którego nie lubię najbardziej jest bezsilność. Z każdym innym stanem można sobie jakoś poradzić.
 
Chłodna bryza wyznacza początek jesieni. A może to tylko moja nadzieja? Kupiłam sobie sweter o odcieniu głębokiej, rdzawej rudości i przyciemniłam włosy. Lubię, gdy pory roku mają swoje kolory. 
 

Marzy mi się spacer w towarzystwie szeleszczących pod nogami liści. Na pocieszenie zostaje mi myśl, że szparagi są znów w sezonie, a w koszach przed sklepami pojawiają się dynie.
 
 
 
 


sobota, 15 września 2012

upalny koniec lata...


Spoglądam na kalendarz i odliczam dni do początku jesieni. W głowie układają się plany na kolejne miesiące, pachnące przyprawą do ciasta dyniowego, marchewkową zupą z curry, kuchnią regionalną i chłodnym powietrzem. Tymczasem lato nie daje za wygraną, kilka dni chłodniejszej pogody skończyły się w piątek falą upałów, przekraczających 40 stopni. Czekam, aż w końcu będzie można złapać oddech, zmarznąć i zmoknąć. Choć trochę.
 
A dzisiaj... zaadoptowaliśmy wilka. I zbieraliśmy w sadzie jabłka, ku uciesze dzieci. Zjedliśmy też tajską zupę z kurczaka z mleczkiem kokosowym. A przede wszystkim byliśmy razem. Tak po prostu. Dzieci pachną teraz górskim powietrzem, w lodówce leżą za to dwie torby jabłek i czekają na jutrzejszy dzień i pierwszy od dawna jabłecznik.  

czwartek, 13 września 2012

czasy równoległe

 
 
Dźwięk otwieranych drzwi wyznacza koniec przykrótkiej nocy. Drobne nóżki drepczą po podłodze i wspinają się do łóżka. Otwieram jedno oko i zamykam, tylko na chwilę. Budzę się pół godziny później i wpadam w wir zdarzeń. Potykam się o czewony samochód w drodze do łazienki, zbierając po drodze kolejną partię prania. Rozgrzewający się piec czeka na chleb. Kawa bulgoce w kafeterze, podgrzane mleko trafia na stół w od dawna tych samych kubkach. Kanapki dla męża, plecak syna, pasta do zębów i te same co zwykle negocjacje w kwestii wyjścia do przedszkola. Znowu za późno, bo czas rano płynie szybciej.
 
...
 
Autobus ucieka nam sprzed nosa. Do kolejnego dziesięć minut. Czasem to cała wieczność.
 
...
 
Córka ma drzemkę. Snuję się cicho po domu, wszystkie dźwięki są bezlitośnie głośne. Kawa, gazeta, rozwieszenie prania, zupa. Przecież śpi dwie godziny, starczy czasu. Nie starczy, przerzucam sprawy na wieczne nigdy.
 
...
 
Piątkowy wieczór. Mąż wraca do domu. Dzwonił niedawno. Zerkam na zegarek. Powien już być. W piątki autostrada bywa mocno zakorkowana. Mija piętnaśnie minut. Telefon, jednostajny dźwięk sygnału. Milczenie. Kolejne piętnaście minut. Stoję na balkonie i spoglądam w stronę garażu. Myślę. Intensywnie. Zbyt malowniczo. Godzina, dźwięk klucza w zamku. Jednoczesne uczucie ulgi i złości.
 
...
 
Wieczór. Rozmawiamy. Śmiejemy się. Pijemy wino. Już północ, a przecież dzieci dopiero co zasnęły. I znowu za mało czasu.
 
...
 
Nie ufam zegarkom, dla mnie czas płynie zmiennym rytmem. A czasem równolegle. Pięć ostatnich lat, które spędziłam w Stanach, są dla mnie jednocześnie chwilą i wiecznością. I tak jest z wieloma różnymi sprawami. Najbardziej zaś uwiera mnie niedoczas...


czwartek, 6 września 2012

wrzesień

 
Wrzesień. Syn skończył cztery lata. W Starbucks pojawiła się latte o smaku dyni (brzmi to co najmniej niedorzecznie w języku polskim... z dyniami mam pewien plan, ale o tym za miesiąc). Skończyłam trzecią część kursu fotografii. Zaprenumerowałam (dziwne słowo, jak by się dłużej zastanowić) magazyn Pokochaj Fotografię. Przymierzam się do zrobienia zupy marchewkowej z curry i pistacjami (jak tylko temperatura spadnie do przyzwoitego poziomu). Mam zapalenie spojówki. Ot, życie. 

poniedziałek, 3 września 2012

Nekrolog

NEKROLOG

Niniejszym zawiadamiamy o śmierci duszy artystycznej Zbigniewa W., zmarłej tragicznie w wyniku komplikacji przy odczytywaniu recenzji podłych krytyków literackich. Informujemy jednocześnie, że pogrzeb z manifestem w postaci spalenia wycofanych ze sprzedaży egzemplarzy jedynej powieści Zbigniewa W., o życiu biurokraty, nie odbędzie się, ponieważ zakazany został przez dobrze znanego wszystkim bezdusznego pracownika Urzędu Miejskiego numer 5 w mieście X, powiat Z, Zbigniewa W. Książki dostępne będą dla zainteresowanych w budynku urzędu. W razie problemów z czytaniem zaleca się użycie ich jako rozpałki do pieca lub w innych praktycznych celach.
 
pogrążone w smutku
 
żona i córka Zbigniewa W.